169 miliardów złotych zysku z rezerw złota kontra 36 miliardów straty na pozostałych aktywach rezerwowych. NBP opublikował oświadczenie, które - powiedzmy sobie szczerze - jest przede wszystkim komunikatem wizerunkowym. Ale kryją się za nim liczby, które warto rozebrać na części.

Najpierw kontekst. Polska od kilku lat prowadzi agresywną politykę budowania rezerw złota. Pod kierownictwem prezesa Adama Glapińskiego NBP stał się jednym z największych nabywców złota wśród banków centralnych na świecie. Kupowaliśmy po 100-130 ton rocznie, kiedy większość europejskich banków centralnych swoich rezerw nie ruszała. Efekt? Przy rekordowych cenach kruszcu przekraczających 3 000 USD za uncję, niezrealizowane zyski na portfelu złota są kolosalne.

Skąd te 36 miliardów straty?

Strata na pozostałych aktywach to głównie efekt wyceny obligacji w portfelu walutowym NBP. Kiedy stopy procentowe w USA i strefie euro rosły w latach 2022-2023, wartość rynkowa wcześniej kupionych obligacji spadała. To standardowy mechanizm - nie oznacza, że NBP „przepuścił” pieniądze. Te obligacje trzymane do zapadalności zwrócą pełen nominał. W księgach wygląda to kiepsko, ale realnej dziury w kasie nie ma.

Moim zdaniem komunikat NBP ma jasny cel: pokazać, że decyzja o masowym skupie złota była strategicznie słuszna. I trudno się z tym nie zgodzić - bilans netto jest grubo na plusie. Pytanie, czy to przypadkiem nie jest też budowanie argumentu przed ewentualnymi dyskusjami o wpłacie z zysku NBP do budżetu państwa.

Klucz:

169 mld zł zysku na złocie to liczba niezrealizowana - NBP nie sprzedał ani grama. To zysk „na papierze”, ale politycznie i komunikacyjnie robi wrażenie.

Co to oznacza dla kredytobiorców?

Bezpośrednio - niewiele. Rezerwy walutowe NBP nie wpływają na wysokość stóp procentowych ani wibor">WIBOR-u. Ale pośrednio - jest o czym myśleć.

Silna pozycja finansowa NBP daje Radzie Polityki Pieniężnej większy komfort w podejmowaniu decyzji. Bank centralny, który „zarabia”, ma łatwiejszy dialog z rządem i opinią publiczną. To może oznaczać mniejszą presję polityczną na obniżki stóp - bo NBP może sobie pozwolić na twardą postawę.

Druga sprawa: jeśli z zysku NBP trafi do budżetu wpłata rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych, to jest to de facto zastrzyk fiskalny. Więcej pieniądza w gospodarce = potencjalnie wyższa inflacja = stopy procentowe mogą zostać na wyższym poziomie dłużej. Kto spłaca kredyt hipoteczny ze zmiennym oprocentowaniem, ten raczej się nie ucieszy.

Dla inwestorów:

Złoto w portfelu inwestycyjnym sprawdziło się doskonale w ostatnich 3 latach. Ale kupowanie teraz, po rajdzie powyżej 3 000 USD za uncję, to zupełnie inna decyzja niż ta, którą NBP podejmował kupując po 1 800-2 000 USD. Nie powtarzaj strategii banku centralnego z dwuletnim opóźnieniem.

No i jest jeszcze kwestia złotego. Duże rezerwy złota teoretycznie stabilizują walutę - dają rynkom sygnał, że bank centralny ma „amunicję”. Stabilny złoty to niższe ryzyko kursowe, co pośrednio wpływa na koszty importu i inflację. Ale to raczej argument długoterminowy niż coś, co odczujesz przy najbliższej racie.

Podsumowując: NBP ma prawo się chwalić. Strategia „złotego żółwia” - systematycznego budowania rezerw kruszcu - okazała się strzałem w dziesiątkę. Ale jako kredytobiorca uważałbym na narrację, że „skoro NBP tyle zarobił, to może obniżyć stopy”. Te dwie rzeczy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Stopy zależą od inflacji i koniunktury - nie od ceny złota w skarbcu na Świętokrzyskiej.

Przeczytaj też